pro-cycling.org
Piotr Ejsmont: Tajny Związek Znikającego Kolarstwa cz. 4 - Stracone talenty i okazje
napisał: Piotr Ejsmont (2017-08-13 14:39:03).

Kusi mnie temat, by kiedyś opisać kariery kolarzy złamane przez narodowe federacje. W wielu krajach tak było - w Niemczech, Czechach, we Włoszech, Francja czy Hiszpanii. Niestety polskie historie zajęłoby w tym opisie pokaźny fragment. Gdyby to chodziło tylko o postacie historyczne jak Królak, Szurkowski, czy Szozda... Ale niestety nie. To przykre, ale nawet w ostatnich czasach kilku zawodników również „potknęło się” o działaczy PZKolu.





Dziwnym zbiegiem okoliczności najczęściej do takich sytuacji dochodzi w związku z nominacjami olimpijskimi w kolarstwie kobiet. Tak było już przy nominacjach na igrzyska w Londynie. Tak się stało z całą mocą na igrzyskach w Rio de Janeiro. Małgorzata Wojtyra oraz Monika Żur zakończyły kariery, chociaż mogłyby się z powodzeniem ścigać jeszcze przez 10 lat. Prezes Skarul obiecał wyjaśnienie sprawy. Nic takiego publicznie nie nastąpiło. Przeglądając spis trenerów narodowej reprezentacji, można tylko zauważyć brak trenera Ratajczyka. Odszedł po cichu, nie wiadomo z czyjej inicjatywy. Pytałem się o to PZKolu w grudniu - brak odpowiedzi. Pytałem się także o bezpośrednią przyczynę tej „afery”, czyli o to, czy zostanie utrzymana zasada ostatecznej kwalifikacji zawodników do najważniejszych wyścigów jak igrzyska olimpijskie dopiero na miejscu zawodów. Także brak odpowiedzi.

Zastanawiała mnie długoletnia nieobecność przedstawicieli PZKolu w europejskich i światowych organizacjach kolarskich. W pewnej chwili byli tam tylko Prezes Wojciech Walkiewicz, Piotr Kuropatwiński w ECF (Europejska Federacja Kolarska) oraz niżej podpisany w WPCC (Światowe Stowarzyszenie Dziennikarzy). Wszyscy byliśmy tam bez błogosławieństwa PZKolu. Na szczęście teraz pojawiła się w UEC Agata Lang. Chciałem się dowiedzieć, jakie są założenia polityki zagranicznej związku. Czy istniały dla naszych kolarzy jakieś możliwości korzystania ze stażów w Aigle? Wiem, że mieliśmy okazję organizowania u siebie mistrzostw torowych. Oczywiście, że to się wiąże z kosztami, ale bez imprez najwyższego poziomu trudno wybić się przed sponsorami. Prezes Skarul tłumaczył w jednym z ostatnich wywiadów, że po prostu nie było pieniędzy, by jechać do Szwajcarii, do UCI. Nie wiem, czy kogoś takie tłumaczenie przekonało.

Sześć lat temu Prezes Skarul, w ogniu obietnic przedwyborczych, roztaczał wizję 18 medali na igrzyskach olimpijskich w 2016 roku (sprawdzałem 3 razy). Jego konkurent Jarosław Potocki mówił tylko o dwóch. Chciałem się spytać także o te obietnice. Nic z tego.

Ciekawy byłem także tego, jak PZKol reaguje w sprawach sygnałów o słabym poziomie sędziowania przez niektórych sędziów albo w zakresie ich niewłaściwego zachowania się. Bez odpowiedzi.

Największym smutkiem napawa mnie brak próby podjęcia dyskusji na temat tego, czy PZKol ma się szerzej otworzyć na masowe ruchy kolarskie, działania lokalnych władz w zakresie infrastruktury rowerowej, czy też zamierza być nadal związkiem elitarnym, związanym tylko z kolarstwem wyczynowym. Gdyby tak miało zostać, to wystarczyłaby nam ocena działania związku poprzez pryzmat ilości zdobytych medali, co tak ładnie i precyzyjnie podlicza Andrzej Piątek. Pytaniem otwartym jest, ile w tych medalach jest zasługi działaczy, a ile samych kolarzy oraz ich trenerów.

Moja ocena ostatniej kadencji Prezesa Skarula jest negatywna. Był to czas stracony tak dla wyprostowania sytuacji ekonomicznej związku, jak wykorzystania wspaniałych sukcesów naszych kolarzy do promocji kolarstwa i zwykłego rowerowania. Nie było niczego takiego jak kolarska „małyszomania”. Ludzie więcej jeżdżą na rowerach, ale nie przez to, że Kwiatkowski czy Pawłowska zostali mistrzami świata, tylko dlatego, że chcą się ruszać, mają lepszą infrastrukturę rowerową oraz liczne imprezy mające miejsce poza PZKolem. Odnoszę wrażenie, że istnieją jakby dwa równolegle światy rowerowe. Ten kwitnący poza strukturami związku i ten elitarny, owiany zdumiewającą tajemniczością, który kisi się we własnym sosie. Mam nadzieję, że związek pod kierownictwem Dariusza Banaszka będzie mniej tajny i bardziej otwarty. Pana Wacława Skarula przepraszam, jeśli w którymś miejscu tej 4-częściowej historii skrzywdziłem, pisząc coś nie dokładnie. Przykro mi, ale sam Pan nie dał mi szans, by wytłumaczyć te sprawy bardziej precyzyjnie.

W pierwszym odcinku: ilu nas jest?
W drugim odcinku: o dopingu, którego się domyślamy.
W trzecim odcinku: o pieniądzach, których nie ma.

Napisał: Piotr Ejsmont