pro-cycling.org
Kolarskie historie Piotra Ejsmonta: Rozwiązanie PZKolu w latach 50.
napisał: Piotr Ejsmont (2017-12-09 00:07:32).

Był taki czas, że PZKolu nie było. Na początku lat 50. zeszłego wieku władze komunistyczne, zgodnie z doktryną, chciały poddać centralnej kontroli wszystkie związki i stowarzyszenia, także te sportowe. Dotąd funkcjonowały one według swoich statutów i trudno było ingerować wprost w cele ich działalności oraz skład władz. To był czas represji stalinowskich.





Nacisk na władze związków sportowych był polityczny oraz finansowy - represje i obcięcie państwowych dotacji. Nic zatem dziwnego, że opór działaczy właściwie nie istniał. Rząd chciał, by sportem zarządzała administracja, a nie związki sportowe. Organem władzy miał być Główny Komitet Kultury Fizycznej (GKKF), czyli odpowiednik ministerstwa sportu. Związki miały zniknąć. Nawet kluby sportowe musiały być „uspołecznione" przyklejone do jakiegoś państwowego zakładu, zrzeszenia, związków zawodowych, wojska lub milicji. Prywatny klub był nie do pomyślenia.

Zaczęto likwidować poszczególne związki sportowe. W stosunku do kolarstwa dokonano tego rękoma samych działaczy. 4 lutego 1951 roku odbyło się Walne Zgromadzenie Polskiego Związku Kolarskiego, na którym delegaci jednogłośnie zadecydowali o jego likwidacji. Nie mieli wyjścia. Miejsce związku zajęła najpierw sekcja, potem wydział kolarstwa GKKFT. Działacze zostali skupieni w plenum sekcji ze Zdzisławem Gędzierowskim na czele, ale ten organ nie miał żadnej władzy. Władzę sprawowali urzędnicy GKKF: Zygmunt Nawrocki, Michał Korsak-Zaleski, Marek Manczarski, Jerzy Dąbrowski. Konsekwencją likwidacji związku był fakt zagrabienia jego majątku przez rząd. Na koncie związku była odłożona kwota 18 mln zł na budowę toru kolarskiego w Warszawie. Wydano na niego już 3 mln zł ( miał być przy al. Waszyngtona ). Decyzję budowy wstrzymano po koniec 1948 roku.

Skutki przejęcia kolarstwa przez rząd były dewastujące. Jego rozwój został zatrzymany. Zapanował taki bałagan, że przez lata nie wiedziano, ilu jest kolarzy. Z dostępnych źródeł wiadomo, że w 1929 i 1930 roku było zarejestrowanych około 7, 5 tysiąca zawodników w 800 klubach i sekcjach. Po reaktywacji PZKolu okazało się, że w 1957 roku było około 3300 zawodników skupionych w prawie 200 klubach. Ubyło wyścigów. W 1949 roku to Tour de Pologne, a nie Wyścig Pokoju był największą imprezą kolarską w kraju. Międzynarodowa obsada była znacznie lepsza. TdP rozgrywano na trasie prawie 2 razy dłuższej niż WP. W Europie był to wtedy największy wyścig dla amatorów, ale w 1950 roku TdP nie odbył się. Ze strony władz państwowych nie było woli jego organizacji.

Został reaktywowany w 1952 roku jako prowincjonalny wyścig jedynie w obsadzie krajowej, a na Wyścigach Pokoju dostawaliśmy solidne lanie. Gorzej, bo chciano dopuszczać do tego wyścigu kolarzy Albanii, która nie płaciła składek do UCI, która z resztą zdaniem partyjnych funkcjonariuszy była kapitalistyczną organizacją i nie należy się nią przejmować. Do 1953 roku nie uczestniczyliśmy więc w pracach UCI.

Małe kluby padły. Peleton został wyraźnie zdominowany przez wojskowy klub CWKS z Warszawy. Tylko tutaj, w oparciu o wojskowe fundusze, można było rozwijać karierę. Kolarze CWKS pomiędzy sobą ustalali wyniki i rozgrywali wyścigi. Z Warszawy początkowo pochodziło aż 25% kolarzy w całym kraju. Nie było trenerów, żadnej koncepcji rozwoju kolarstwa. Gumy, które przechowywano dla kadry w centralnym magazynie leżały w złych warunkach i na Wyścigu Pokoju pękały jedna za drugą. Autentyczni działacze dostali po łapach i nie chcieli już tak angażować się w organizację wyścigów. Ich miejsce zajął aktyw partyjny i młodzieżowy. Ich staraniem organizowano pod patronatem ZHP kolarskie Rajdy Pokoju, imprezy na wskroś polityczne.

Bardzo wzrosło upolitycznienie sportu. Zintensyfikowano prace propagandowe. Kadra na Wyścig Pokoju w okresie przygotowawczym oprócz trenera miała przydzielonego politruka, najczęściej jakiegoś studenta, który organizował poranne pogadanki polityczne i prasówki. Zawodnicy podpisywali apele o pokój, o sprzeciw wobec kapitalistycznych knowań. W dobrym tonie było podejmowanie zobowiązań, ubieganie się o odznakę przodownika pracy, zakładanie kół ZMS. Po przegranym Wyścigu Pokoju jeden z kolarzy cichutko przyznał, że reprezentacja za mało trenowała, bo nie miała na to czasu.

Wzorem ZSRR próbowano zmieniać mentalność zawodników, próbując im wmówić, że bardziej liczy się sukces drużynowy niż indywidualny. Historia przebiegu Wyścigów Pokoju dowodzi zupełnie czegoś innego. Nasi zawodnicy byli jakby na przekór ideologii takimi indywidualistami, jak nikt inny. Przez to przegrywali i o mało nie roztrwonili prowadzenia Królaka w 1956 roku. Na święto 22 lipca Teofil Sałyga podjął zobowiązanie pobicia torowych rekordów świata na kilku dystansach, na których nikt się już na poważnie nie ścigał. Zobowiązanie wypełnił, prasa odtrąbiła sukces socjalistycznego sportu, a urzędnicy GKKF zagubili i zaspali wysłanie odpowiednich dokumentów do UCI celem zatwierdzenia. Kolarze byli odporni na polityczne mielenie mózgów. Mój trener, mechanik i były kolarz Józef Szafran opowiadał, że na starcie jednego z etapów TdP zbyli oni milczeniem nawoływanie do wnoszenia okrzyków na cześć Stalina. Przeżegnali się i pojechali w drogę. Być może dlatego 1 maja 1951 roku na liście wyznaczonych do uroczystej dekoracji mistrzów sportu przez Bolesława Bieruta nie było żadnego z kolarzy.

Szczytem urzędniczej indolencji była afera pod koniec 1956 roku. Dzięki pasji trenerów oraz zdolnych zawodników wreszcie uzyskaliśmy wielki wynik sportowy. Królak wygrał Wyścig Pokoju. Kilka miesięcy potem został razem z kolegami zawieszony przez GKKF w prawach zawodnika, za rzekome przekroczenie przepisów sportu amatorskiego i postępowanie niegodne socjalistycznego mistrza sportu. Najgłośniej grzmiał Nawrocki. Królak dostał 3 lata zawieszenia, reszta (w zasadzie cała krajowa czołówka) po 3 miesiące. Tego było już za wiele. W styczniu 1957 roku reaktywowano PZKol. Królakowi zmniejszono karę do jednego roku. Urzędnicy ministerstwa musieli się pochować, ale nikt nie stanął w ich obronie. Tylko pieniądze na tor zaś wyparowały, nie wiadomo gdzie.

Napisał: Piotr Ejsmont