pro-cycling.org
Od środka peletonu: Na Wschodzie nogi nie bolą...
napisał: Paweł Zaleśny (2017-06-14 14:27:57).

Wyścig Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej im. Pułkownika Skopenko to wydarzenie, którego z niecierpliwością wyczekują wszyscy „niezawodowi” młodzieżowcy w Polsce i zapewne także u naszych wschodnich sąsiadów. Każdego roku impreza zaskakuje. Czasem pozytywnie, czasem trochę mniej, jednakże niepowtarzalny klimat tam panujący pozwala z łatwością przymknąć oko na pewne niedociągnięcia organizacyjne.



Fot. Agnieszka Małgorzata Torba - Młoda Photography


Towarzystwo na starcie z reguły jest dość kameralne; nie inaczej było w tym roku. Na starcie zameldowało się niespełna 90 zawodników, do mety dojechało nieco ponad 60. To jednak sprawia, że zarówno na trasie jak i pomiędzy etapami można wyczuć przyjemną, rodzinną atmosferę. Wysiłek przeogromny, bo sześć wymagających etapów, niekiedy w upale i silnym wietrze potrafi dać się we znaki. Specyfika trasy również jest bardzo charakterystyczna. Wschodnie niziny, wydawałoby się, zafundują nam długie, płaskie i nudne odcinki pośród pól i lasów. Nic bardziej mylnego. Drogi krajowe województwa Lubelskiego najeżone są ogromem „fal Dunaju”, które potrafią mocno wejść w nogi przy odpowiednim tempie i dystansie. Kiedy zjeżdżasz ze Strzebrzeszyna z prędkością ponad 85km/h i widzisz na drodze strzałki namalowane w przeciwnym kierunku to wiesz, że z powrotem zaboli. Swoją drogą w tym roku organizatorzy postanowili dać nam się nacieszyć tą trudnością dwukrotnie. Co jeszcze jest godne odnotowania to fakt, że wielu zawodników nie czując presji ze strony starszych kolarzy z którymi ścigamy się na co dzień, potrafi wykrzesać ze swojego potencjału znacznie więcej możliwości, zaskakując niespodziwanie dobrymi rezultatami. To pokazuje, że tego typu wyścigów w Polsce powinno być znacznie więcej. Trudno nie wspomnieć także o godnym wynagrodzeniu za nasz wysiłek, gdyż jest to zdecydowanie najbardziej dochodowa impreza dla młodzieżowców w Polsce.

Co do przebiegu rywalizacji, to opisywanie każdego etapu po kolei mijałoby się z celem, ponieważ były one do siebie tak podobne, że nawet nie pamiętam dokładnie kiedy poszczególne akcje miały miejsce. Postaram się odnotować jedynie najważniejsze sytuacje.

Kluczowy był tak naprawdę pierwszy etap. Lotne premie usytuowane stosunkowo niedaleko od miejsca startu determinowały agresywne akcje ze strony wszystkich ekip. Pierwsze kilometry przebiegały intensywnie, a peleton momentami dzielił się na grupki z których ciężko byłoby wytypować tę zasadniczą. Najistotniejszy atak miał miejsce po drugiej premii lotnej, kiedy teren stał się lekko pofalowany, a wielu zawodników odpuściło po wymagającym początku. Wtedy zawiązał się kilkunastoosobowy odjazd, w którym miałem okazję się znaleźć. Kiedy zobaczyłem, że zyskujemy przewagę a wśród uciekających jestem sam z mojej ekipy uznałem, że powinienem po prostu kontrolować sytuacje. Nie myślałem, że ucieczka powiedzie się i dojedziemy z przewagą do mety. Po kilkudziesięciu kilometrach doścignęło nas kilkoro zawodników, w tym mój klubowy kolega Patryk Krzywda. Wtedy poczułem się nieco pewniej, bo 2/5 naszej ekipy znajdowało się z przodu. Wraz z upływem kilometrów żywiłem coraz głębsze nadzieje, że uda nam się sfinalizować tę akcje finiszem z małej grupy. Tak też się stało. W międzyczasie podzieliliśmy się na mniejsze frakcje, a w kluczowym momencie okazję perfekcyjnie wykorzystał Mikołaj Gutek, którego zresztą bezskutecznie próbowałem ścigać i to on po triumfie na zamojskim rynku przywdział żółtą koszulkę. Mnie po walce z bezlitosnymi kurczami przywodzicieli przyszło pocieszyć się piątym miejscem, a kawałek dalej z podobnym czasem zameldował się Patryk. Etap już na dobre ułożył generalkę, ponieważ kolejni zawodnicy odnotowali bardziej znaczące straty, a na odrabianie nie było zbyt optymistycznych perspektyw. Dla nas sytuacja dość komfortowa, ponieważ w top10 byłem ja i Patryk, a w zanadrzu wciąż mieliśmy głodnego etapowych zwycięstw Tobiasza Pawlaka.

Na efekty jego walecznego charakteru długo nie trzeba było czekać. Kolejny, kończący się na uwielbianym przez nas ryneczku etap skwitowaliśmy popisem umiejętności drużynowego zgrania, niespodziewanie zaliczając dublet. Każdy, kto jest choć troszkę obeznany z realiami wyścigów szosowych wie, jak rzadko zdarza się aby dwóch zawodników jednego klubu finiszowało na najwyższych stopniach podium. Ten sukces mocno nas napędził, dał motywację i wiarę w nasze możliwości jako teamu.

To podwójne zwycięstwo było naszym jedynym (prawie- ale o tym za chwilę) na tym wyścigu, niemniej trzymaliśmy solidny poziom do końca. Tobiasz i Mikołaj zajęli wysokie miejsca w czasówce, byliśmy widoczni w ucieczkach i na lotnych premiach, a mnie przyszło jeszcze dwa razy stawać na najniższym stopniu etapowego „pudła”. Tutaj pokłony należą się wschodzącej gwieździe Mostostalu Puławy- Filipowi Maciejukowi, który juniorem będąc zgarnął dwa etapowe zwycięstwa, przy czym na czasówce dosłownie zdeklasował rywali. Oby tak dalej :)

Wyścig trwał, z etapu na etap zmęczenie narastało ale sytuacja na wynikach znacząco się nie zmieniała. Naszym priorytetem było zgarnięcie jak najwięcej na etapach i dowiezienie mnie na 3., a Patryka na 6. miejscu. Zadanie wykonaliśmy w stu procentach, choć na ostatnim odcinku miało miejsce kilka dramatycznych sytuacji. Momentami już żegnałem się z top10, a Bartosz Rudyk wraz z ekipą Stali Grudziądz sukcesywnie utrudniali nam obronę podium „generalki”. Ostatecznie lokatę dowiozłem, dorzucając przy tym zwycięstwo w klasyfikacji punktowej. Drużynowo zajęliśmy drugie miejsce, co było rezultatem zadowalającym z uwagi na to, że ustąpiliśmy jedynie reprezentacji Polski.

Po trzykrotnych odwiedzinach w Zamościu mogę śmiało stwierdzić, że tutejszy wyścig zmierza w dobrym kierunku. Atmosfera pozostaje przyjemna, organizacyjnych niedociągnięć jest coraz mniej, nagrody wciąż na wysokim poziomie, warunki mieszklane uległy znaczącej poprawie a co najważniejsze- flagowa dewiza wyścigu, czyli przyjaźń polsko-ukraińska również staje się coraz bardziej widoczna. Żywię nadzieję, że kolejne edycje będą tylko lepsze!

Kłaniam się, Paweł Zaleśny