pro-cycling.org
Kolarskie historie Piotra Ejsmonta: Milano-Sanremo 1931 - Lew się budzi
napisał: Piotr Ejsmont (2017-03-17 00:03:09).

Alfredo Binda był głównym faworytem wyścigu w 1931 roku. Za jego największego konkurenta uważano Learco Guerrę. Duże notowania miał także ubiegłoroczny zwycięzca Michele Mara, a dziennik "Il Littorale" do tego grona dodawał też Pio Caimmi, rok wcześniej drugiego.





Prognozy te opierały się na założeniu, że o losach wyścigu rozstrzygnie znowu końcowy sprint. Do startu stawiło się 140 zawodników. W tym gronie tylko 50 kolarzy występowało w barwach jakieś drużyny. Cała reszta startowała indywidualnie i mogła liczyć tylko na samego siebie. Binda jechał w zespole Legnano i miał do pomocy brata Albino, wiernego Negriniego, a także takich dobrych zawodników jak Bertoni, Frascarelli, Gestri, Felice Gremo i Marchisio. Była to najsilniejsza drużyna.

Guerra jechał dla Maino, Mara dla Bianchi, a Caimmi dla Glorii. Wśród indywidualistów był stary mistrz Carlo Galetti, który miał już 48 lat. Z zagranicznych zawodników przyjechali Francuzi Marecha, Mauclair, Buttafocchi i Recordan, Austriacy Max i Alfred Bulla, Niemcy Altenburger i Geyer oraz Szwajcar Neuhard. Przed wyścigiem wszyscy wyglądali jaka będzie pogoda, a to, co widzieli nie było zachęcające: padały nieprzerwane deszcze. Szczęściem 22 marca było zimno, ale nie padało. Starterem był podsekretarz wojny Manaresi. W tym czasie Włochy prowadziły wojnę w Afryce.

Pierwsi odważni objawili się po 30km w Pavii. Byli to mało znani kolarze, którzy liczyli na łut szczęścia. Pierwszy poważny atak nastąpił ze strony Marechala, który uaktywnił się w okolicach Novi Ligure. Odjechał on od peletonu razem z Giacobbe, Rinaldim, Fossatim oraz Fripo. Ten ostatni wywrócił się. Do uciekinierów doszli po 10 minutach Gestri, Canazza oraz Binda i jadący mu na kole Guerra. Było po ataku.

W Ovada peleton zatrzymał się na chwilę, by zawodnicy mogli podpisać listę obecności. Kolarze ruszyli w kierunku na Turchino, ale nie było jakichś specjalnie mocnych zaciągów. Była selekcja od tyłu. Odpadli najsłabsi. Na górze symboliczny sprint wygrał Binda przed Guerrą i Marchisio. Na zjeździe próbował atakować Mara. Guerra i Binda byli czujni. Dopiero za Savoną odjechała piątka: Mara, Guerra, Caimmi, Piemontesi i Bovet. W tym gronie zabrakło Bindy, którego zatrzymał defekt.

Już niedługo potem peleton jechał znowu razem. Kiedy kolarze dojechali do strefy Capi, Binda ponownie złapał gumę. Stracił 1'20, bo tyle mu zabrała zmian ogumienia. Przed nim jechało około 30 kolarzy. Na Capo Berta zaatakowali Caimmi oraz Camusso. Zdobyli tylko 150 m przewagi, ale obydwaj załapali gumy i peleton ich doszedł. Zgodnie z założeniami na koniec był sprint 20 konkurentów. Binda nie dał szans nikomu. Nie na darmo nosił koszulkę mistrz świata. Jeszcze na 50 m przed metą był zamknięty przez rywali. Potem nagle otworzyła się przed nim wolna droga, w którą bez wahania wjechał. Wygrał z wyraźną przewagą kilku długości roweru nad Guerrą, Piemontesim, Battesinim i Marą. Co do reszty kolarzy sędziowie się pogubili i sklasyfikowali ich wspólnie na 6. miejscu. Kolejna grupa dotarła do mety po 3 i pół minty. Dzielny Galletti ukończył wyścig na 69. pozycji ze stratą 41 minut, ustanawiając rekord najstarszego zawodnika, który ukończył San Remo. Wyścig ukończyło 106 kolarzy. Guerra opowiadał za metą, że widział jakoby Binda został wypchnięty do przodu przez swojego pomocnika. Sędziowie tego nie zauważyli. W rzeczywistości Binda odepchnął się od najeżdżającego na niego Martano. "Littoriale" napisał: Lew się budzi - mając na myśli Bindę.


Historię przywołał: Piotr Ejsmont