pro-cycling.org
Dobrosław Barwicki-Picheta: Koksownik
napisał: Adam Świtalski (2010-01-12 21:39:32).

Wpadł mi do głowy pomysł, by zmierzyć się z tematem niedozwolonego wspomagania. Nie w kwestii, czy jest to dobre, czy złe – tu nie mam wątpliwości, nawet najpozytywniejsze aspekty dopingu nie są w stanie przysłonić negatywnych.

Chodzi mi o prześledzenie kilku przypadków i sprawdzenie, jak sobie po przymusowej banicji ich bohaterowie w peletonie poradzili. Trudno powiedzieć, czy już bez dopingu, czy może wciąż z – to zupełnie inna sprawa – chodzi mi o zwyczajne przyjrzenie się powrotom „czarnych owiec” do peletonu. Bo są to powroty ludzi naznaczonych pewną skazą, różnie przez różne osoby odbierane, przez niektórych (sądzę, że nieświadomych skali dopingu w sporcie profesjonalnym) jako obrzydliwych oszustów, a przez innych jako ci, którzy mieli więcej pecha od pozostałych (cóż, jestem, jak sądzę – podstawnie, wyznawcą teorii, którą w słowa znakomicie ubrał forumowy znajomy Ozzy: oglądając [...] sport, zawieramy niepisaną umowę z własnym rozumem, na mocy której zapominamy, że prawie wszyscy są nakoksowani”). Z pewnością są to osoby w jakiś sposób zmienione i zainteresowało mnie, czy znajdę w ich postawach coś ciekawego.

***


Na pierwszy ogień podam może przykład dość świeży: Ivan Basso. Jest to o tyle ciekawy przypadek, że Ivan nie został złapany na dopingu i na dobrą sprawę, jak się zdaje, mógł iść w zaparte w zeznaniach, ale sprawę rozegrał całkiem sprytnie, bo przyznał się do tego, że tylko chciał sięgnąć po niedozwolone środki. Został za to ukarany i zawieszony w 2007 na dwa lata, tak że do kolarstwa wrócił w październiku 2008. Ale zacznijmy od początku. Ivan u progu XXI wieku stał się wielką nadzieją Włochów i krok po kroku zdawał się spełniać oczekiwania rodaków. Wywalczył miejsce najpierw w pierwszej 10. Tour de France, potem stanął na podium tego wyścigu, by stać się niemal równorzędnym rywalem Lance'a Armstronga w 2005 roku. W następnym sezonie był jeszcze mocniejszy i wydawało się, że po erze Lance'a przyjdzie nowa era – Ivana Basso, który zdominował Giro. Wiele wskazywało na to, że to samo uczyni w Tourze, jednak na kilka tygodni przed TdF AD 2006 wypłynęła na szersze wody afera Fuentesa, zabierając ze sobą m.in. Ivana Basso.
Przed dyskwalifikacją Ivan był kolarzem kompletnym, świetnym w górach i – dzięki staraniom Riisa – równie dobrym w jeździe na czas. Sezon 2009 miał dać odpowiedź na pytanie, czy Ivan będzie mógł wrócić na szczyt. I ostatecznie odpowiedzi nie dostarczył. Bo mimo że Basso był w ubiegłym roku tym kolarzem, który najlepiej wypadł w dwóch wielkich tourach, tzn. ukończył Giro i Vueltę w pierwszej piątce, to jednak w jego jeździe brakło czegoś, co pozwoliłoby wdrapać się na szczyt. Tym niemniej Ivan zaprezentował formę, z której już niedaleko do zwycięstw, bo jeśli ktoś zajmuje 4. miejsce na Vuelcie, 5. w Giro, wygrywa nieźle obsadzone Giro del Trentino i świetnie radzi sobie w nie pod niego skrojonym Tirreno-Adriatico, to trudno te wyniki uznawać za klęskę. Jest to poziom najwyższy, z drobnym „ale”. Jednak brakujące szczegóły, przy tak wysokim poziomie, będzie można najprawdopodobniej dopracować, co pozwoli wykonać krok do przodu – a w tym wypadku będą to zwycięstwa w najważniejszych wyścigach. I jest to możliwe: Basso na Giro stracił cztery minuty do zwycięzcy, a na Vuelcie... już tylko dwie.

***


Nieco inaczej – choć znacznie bardziej niedorzecznie – przebiegała banicja Alessandro Petacchiego. Wpadł on na zażywaniu salbutamolu podczas Giro 2007, jednak za wpadkę ukarano go dopiero w maju następnego roku... anulowano wtedy osiągnięte (od feralnego etapu Giro) przez AleJeta wyniki i zawieszono na kilka miesięcy, wliczając w poczet kary okres, w którym nie startował w 2007 roku, a także okres, w którym startował, ale jego wyniki anulowano. Istny cyrk na kółkach. W ten sposób Alessandro został wyłączony z kolarstwa od maja do końca sierpnia 2008, czyli na dobrą sprawę – nie stracił z wyścigami kontaktu. Tym samym nie do końca są podstawy, by powrót Cara Sprintu traktować jako powrót z banicji, jednak do grona doperów z czystym sumieniem można go zaliczyć.
Być może dlatego, że karencja nie była specjalnie długa, na osiąganych po powrocie z niej wynikach z pewnością się nie odbiła. Jeszcze pod koniec 2008 roku Alessandro wygrał trzy etapy Wyścigu Dookoła Wielkiej Brytanii oraz dwa włoskie semiklasyki, a w 2009 jako jeden z nielicznych kolarzy był w stanie pokonać najszybszego obecnie szosowca – Marka Cavendisha. Tak więc śmiało mogę stwierdzić, że Petacchi po dyskwalifikacji nie różnił się jakoś specjalnie od tego sprzed. Jednak decydujące znaczenie ma tu długość zawieszenia – a w tym przypadku rozbrat z kolarstwem był ledwie symboliczny.

***


Kolejny przykład również będzie pochodził z Półwyspu Apenińskiego. I również nie będzie przypadkiem długiej rozłąki z peletonem. Stefano Garzelli został przyłapany na stosowaniu probencidu na 2. etapie Giro d'Italia w 2002 roku, zresztą na wygranym przez niego. Za karę został zawieszony na 9 miesięcy i stracił też miejsce w najlepszej ekipie – legendarnej Mapei. Stefano był wtedy u szczytu kolarskich możliwości: w 2000 roku wygrał Giro. Potrafił łączyć jazdę w wysokich górach na bardzo wysokim poziomie z jazdą na czas, a jak ryba w wodzie czuł się w finiszach z wyselekcjonowanej przez podjazdy grupki, dzięki czemu zdobywał cenne sekundy na bonifikatach. Sprinterskie umiejętności pozwalały mu też walczyć o zaszczyty w górzystych wyścigach jednodniowych i krótkich etapówkach. Był więc kolarzem kompletnym. I okres dyskwalifikacji niczego nie zmienił. Przerwa na sezon 2002 i kilka miesięcy w 2003 nie wpłynęła na postawę Kobry, który wrócił na kolarskie trasy z impetem – zajął 2. miejsce w Giro, zdobywając po drodze dwa etapy. Garzelli nie zmienił też swej charakterystyki, wciąż posiadał przymioty, które sprawiały, że rywale musieli (i wciąż muszą) brać pod uwagę jego obecność w finałowych rozgrywkach górzystych wyścigów. Od 2003 niezmiennie jest klasyfikowany wśród 100 najlepszych kolarzy (cqranking).

***


Zdecydowanie inny jest przypadek kolarza też z Półwyspu, ale tym razem już Iberyjskiego. Francisco Perez Sanchez w 2003 roku został kolarzem portugalskiej grupy Milaneza MSS, która w tamtych latach szturmem zdobywała kolarskie salony. Dzięki bardzo dobrym wynikom w latach wcześniejszych, portugalska ekipa została przez UCI zakwalifikowana do 1. dywizji, dzięki czemu mogła brać udział w najważniejszych wyścigach, a mówiło się także, że ma szansę na dziką kartę w Tour de France. Tym sposobem Paco miał możliwość pokazania się z dobrej strony nie tylko w Portugalii i Hiszpanii, ale i w całej Europie. I póki mógł – korzystał. Był największą rewelacją Tour de Romandie w 2003: wygrał dwa etapy, a w klasyfikacji generalnej zajął 3. miejsce. Jednak po jakimś czasie okazało się, że dotychczas nieznanemu powszechnie kolarzowi jeździło się tak lekko po Alpach, ponieważ w rozprowadzanie tlenu po jego organizmie zaangażowana została erytropoetyna, co – jak wiadomo – jest zakazane. Tak też UCI zakazała Perezowi pokazywania się w kolarskich wyścigach przez dwa lata.
Jednak Francisco wrócił po tym czasie do peletonu, do swojej dawnej grupy. Jednak zatracił błysk, z jakim można było go kojarzyć, mając w pamięci Romandię 2003. Niemniej jednak osiągał na tyle solidne wyniki, że jeszcze w 2005 roku podpisał kontrakt z Illes Balears - Caisse d'Epargne, gdzie do dziś jest bardzo cenionym pomocnikiem. A od czasu do czasu otrzymuje okazje, by powalczyć na własne konto, i choć nie są to tak błyskotliwe występy jak przed dyskwalifikacją, to Francisco kilkakrotnie ocierał się o zwycięstwa etapowe w prestiżowych wyścigach.
Przypadek Hiszpana jest więc bardzo ciekawy, gdyż Paco 2003 i Paco po 2004 to jednak inni kolarze. Pierwszy – znakomity góral z pędem do zwycięstw i radzący sobie z rolą lidera ekipy; drugi – przyzwoity góral, ale bez specjalnego błysku. Po prostu kolarz bardzo dobrze wywiązujący się z roli szeregowego pomocnika. Takie spuszczenie z tonu z pewnością może świadczyć o zmianie podejścia do kolarskiego rzemiosła i jeśli tak jest, to w moim odczuciu postawa Francisco Pereza zasługuje na najwyższe uznanie. Dlatego chętnie wypatruję jego charakterystyczną sylwetkę w peletonie, ciesząc się, gdy raczej jest na jego czele niż odpada od grupy.

***


Kolejną „czarną owcą”, której przypadkiem chcę się zająć, jest kolarz nie odnoszący spektakularnych sukcesów, ale bardzo solidny i w peletonie ceniony. Bjorn Leukemans, bo o nim mowa, najlepiej radzi sobie w jednodniówkach, i choć wygrywał etapy w mniejszych wyścigach (np. Dookoła Austrii czy Wyścigu Solidarności), to za największe osiągnięcia Bjorna należy uznać 4. miejsce w Paryż – Roubaix 2007 i 7. w Amstel Gold Race 2005. Wyniki te może nie powalają na kolana, ale świadczą o niezłej klasie zawodnika, który nieźle radzi sobie na pagórkach jak i brukach. Ważną cechą Bjorna jest także chęć do podejmowania ryzyka – czyli częste próby odjazdów. Belg – jeśli tylko czuje się mocny – znakomicie potrafi odnaleźć się w decydujących o losach klasyków momentach, w których często bywa animatorem kluczowych akcji.
Przygoda Leukemansa z pozytywnym wynikiem testu antydopingowego miała miejsce pod koniec najlepszego w jego karierze sezonu 2007, gdy nawet dostał się do reprezentacji Belgii na mistrzostwa świata. Wtedy to jedna z kontroli przeprowadzonych poza zawodami wykazała u niego podwyższony poziom testosteronu i został zawieszony na dwa lata. Wskutek apelacji – jako że przypadek był dość niejednoznaczny: Bjorn twierdził, że poziom testosteronu podniósł mu przepisany przez grupowego lekarza specyfik – karę zredukowano do 6 miesięcy, jednak kolarz cały sezon 2008 spędził poza zawodowym peletonem. Wrócił w 2009 i był to mocny powrót – zapewnił 1. zwycięstwo w sezonie swojej nowej ekipie, a w wiosennej kampanii klasyków przyzwoicie wywiązał się z roli lidera ekipy, m.in. przyjeżdżając na 8. miejscu w Ronde van Vlaandern.
Rozbrat Leukemansa z kolarstwem nie był specjalnie długi, a przecież już w 2008 roku startował w kryteriach, gdzie mógł rywalizować także z najlepszymi kolarzami, więc przerwa nie wpłynęła na jego dyspozycję. Właściwie tylko zmotywowała go do udanego zaprezentowania się po powrocie z banicji.

***


Ostatni przykład będzie bodajże najbardziej spektakularnym. I nie chodzi tu o wpadkę, bo oficjalnie żadnej nie było, chodzi o dramatyczne i napompowane do granic możliwości wyznanie win grzesznika i późniejsze ich odkupienie. Przypadek ten jest także pokłosiem najsilniej wstrząsającej kolarstwem afery z lat 90., tzw. afery Festiny. Richard Virenque wielkim góralem był i co do tego nie można się spierać. Na tyle nieźle mu szło na podjazdach, że stał się nawet nadzieją Francuzów na zwycięstwo w Tour de France. I w latach 90. był już bardzo bliski, by ten cel osiągnąć: plasował się na 2. i 3. stopniu podium. Jednak nadszedł rok 1998, w którym to w trakcie Tour de France wyszedł na jaw fakt zorganizowanego procederu dopingowego w grupie Festina. Co prawda żadnemu z kolarzy stosowania dopingu nie udowodniono, jednak większość z nich przyznała się do nielegalnych praktyk. Jednym z nielicznych, którzy się zapierali, był Richard Virenque. Mógł więc przez kilka lat (zmieniając w międzyczasie licencję na szwajcarską, gdyż we Francji nie był mile widziany) startować w wyścigach bez żadnych przeszkód. Jednak z czasem nie wytrzymał presji i... przyznał się w dramatycznych okolicznościach i w świetle fleszów do stosowania dopingu.
Został ukarany 9-miesięcznym zakazem startów, ale wrócił do peletonu już w sierpniu 2001 roku. Jednak jego przemiana nastąpiła jeszcze w latach 90. – po aferze Festiny, która wstrząsnęła nim dość mocno. Po niej już nie liczył się już w walce o podium Tour de France i innych wielkich tourów, choć jeszcze w 1999 i 2000 roku meldował się w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej. Za to po powrocie z krótkiej banicji już zdecydowanie zrezygnował z walki o klasyfikację generalną, skupiając się na mniejszych celach: poszczególnych etapach i – jako że wciąż znakomicie radził sobie w górach – koszulce w grochy. Kibice szybko wybaczyli mu dawne grzechy i dzięki ułańskiej fantazji, której mu w odjazdach z pozoru samobójczych nie brakowało, zaskarbił sobie jeszcze większą ich rzeszę niż to miało miejsce, gdy walczył o zwycięstwo w Tour de France. Richard zyskał też dzięki swojej jeździe miano Ryszarda Lwie Serce.

***


Tak przedstawia się kilka całkiem przypadkowo wybranych przeze mnie kolarskich życiorysów w pigułce, życiorysów mniej lub bardziej wyjątkowych. Nie mam zamiaru ich w wartościować, potępiać, nie chcę też przedstawiać żadnych tez – chodziło mi o przyjrzenie się kilku charakterom, osobom na pewno nie złamanym, a w niektórych przypadkach wzmocnionym. I taki też tekst zostawiam do Państwa dyspozycji.


Napisał: Dobrosław Barwicki-Picheta